poniedziałek, 10 listopada 2014

Love and die.

Wiemy o życiu więcej, niż potrafimy przyznać. Czujemy więcej, niż może się wydawać. Jesteśmy tacy różni, ale tak naprawdę, to czym się różnimy? Jedynie tym, jak odbieramy wszystko, co nas otacza. Kłębię w sobie miliony rzeczy. Jak wulkan. Wybuch mi pomoże, ale wszystko co wypłynie, może zranić innych. Może pogrzebać ich, ich nadzieje i ich światy. Nigdy bym nie wiedziała, jak żyć, gdyby nie to, co mnie spotkało już wcześniej. Przejmuję się bardzo, kiedy kogoś ranię, bo dobrze wiem, jak to jest być zranionym. Są bóle i bóle. Kiedyś naprawdę myślałam, że kiedy się ma miłość, to ma się wszystko i jeśli z nią wszystko jest w porządku, to choćby się waliło, paliło, świat się kończył, to i tak się jest szczęśliwym. Ale jeśli coś jest nie tak, jak ma być, kiedy ta miłość rani, to nie ma rzeczy, która by potrafiła dokopać bardziej. Tak myślałam. Ale w miłości wszystko się zmienia, jak na bungee. Może i chwilami jest najgorzej na świecie i nie widzi się już nadziei, ale zaraz rosną skrzydła i można ulecieć. Potem znów wszystko ciągnie na dół. I trochę za tym tęsknię. Bo nie wiedziałam, że może istnieć coś, co by bardziej uszczęśliwiało i/lub zabijało, niż miłość. Ale to nie miłość zabija. To śmierć zabija. To nadzieja zabija. To bezsilność zabija. I nie miłość uszczęśliwia. Ale spełnienie. Spełnione nadzieje. Spełnione oczekiwania. Naprawdę wolę ten ból od jakiegokolwiek innego. Może to zwariowane. Bo dobrze wiem, że jest on najsilniejszy. Ale przynajmniej wiem, że żyję, wiem, że mam dla czego żyć i o co walczyć. Że ten ból nie będzie wieczny.

Samotność. Pustka. Nie wiedziałam, że aż tak to będzie mi doskwierać. Są to rzeczy, których się boję i zawsze takimi były, tylko czuć je na własnej skórze nie jest przyjemnie. Mam dreszcze. Nie chcę umierać z uczuciowego wycieńczenia. Chciałabym skompresować całe szczęście w jednym miejscu, ale widocznie tego nie potrafię. Bo nagle wszyscy stają się szczęśliwi albo stają się smutni. A ja w monotonni już nawet nie wiem, jak mi jest. Nie chcę tkwić w obojętności i nie dostrzegać niczego. Nie jestem tutaj ani zła na siebie za decyzje, ani dumna. Nie mogę przecież żałować rzeczy nie do odkręcenia. Poza tym. Przecież nie mogę nikogo obwiniać. Nawet siebie. Bo nie odpowiadam za swoje uczucia. One są takie niezależne. Też bym chciała taka być. Ale one by mogły być trochę bardziej rozważne.

Zastanawiam się, ile trzeba przeżyć, żeby wiedzieć, która kropla deszczu spada właśnie dla mnie. Ile nocy trzeba przesiedzieć, by w końcu zrozumieć. Ile razy trzeba rozpoczynać rozdział, by w końcu go skończyć. I ile trzeba odnieść porażek, by osiągnąć cel. Może to słabe zastanowienia. Może moje myślenie jest słabe. Długo już tak się zastanawiam, jakie to życie, w którym liczy się każda sekunda. Może bez tego siedzenia po nocach nie byłabym taka wiecznie wystraszona, może bez siedzenia w domu nie miałabym czasu myśleć. Ale co bym wtedy znaczyła. Jeszcze mniej niż teraz. A to jeszcze mniej, niż kiedykolwiek. Przełomy muszą dawać bolesnego kopniaka, by nastąpiły. Ze zmianami nie można się cackać, bo wszystkie skuteczne leki są niedobre. Zmiany na dobre też muszą wpierw zadać trochę bólu, by w ogóle stały się dobre. Potem przychodzi się śmiać. Śmiech jest chyba dobry na wszystko. Albo nie. Nie zawsze pomaga. Czasem pogłębia rany. Albo jest ich przyczyną. Od śmiechu do płaczu bliska droga. Zrobiłam już kilometry.

Czy ktoś mi wreszcie powie, jak nie przyzwyczajać się do szczęścia? Muszę milion razy zapłakać, by w końcu się uśmiechnąć, a wystarczy, że raz się uśmiechnę, by potem milion razy płakać. Takie to wszystko mdłe. Na szczęście ten świat dał mi prawo do narzekania i marudzenia. Ale przecież ja nie chcę taka być. Nie chcę zostać zgorzkniałą osiemnastką. Muszę przeboleć wszystkie smutki siedemnastki i się wyprostować. Ej, siedemnastko, daj mi trochę problemów sercowych, a nie, samolubnie, trzymaj je dla siebie. Przecież nie wykorzystałam limitu. Chyba. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Jako mantra.

Wiele tracę na rzecz posiadania wszystkiego. Wszystkiego nie zdobywam, więc zostaję z niczym. To efekt rozpuszczenia. Jestem rozpuszczona w worku spełnionych marzeń. Dlatego nie umiem skupić się na jednej zabawce, jeśli przecież mogę mieć drugą. No bo co teraz mam. Pewnie więcej, niż potrafię docenić. Często po prostu mi to nie wychodzi. Skupiam się na minusach. Bo one mogą zmienić wynik całego działania.

Dzisiaj nie chcę płakać. Osiągnęłam już apogeum beznadziei, w jakiej mogę się znajdować. Jestem wykończona, ale nie chce płakać. Nie chcę się rozklejać. Mogę po prostu do siebie nie dopuszczać myśli. Nie krążyć w nich po teraźniejszości. Mogę się oszukiwać. Chociaż raz. Jakbym tego zawsze nie robiła. Odizoluję się i dam sobie spokój. Bez łez.

So open your eyes and see
The way our horizons meet
And all of the lights will lead
Into the night with me
And I know these scars will bleed
But both of our hearts believe
All of these stars will guide us home




1 komentarz: